strona główna

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lutego 2015

Powroty...

I jak tu wrócić po tak długiej nieobecność?
Co napisać?
Jak się wytłumaczyć?
Czy wrócę na dobre?
Czy będę zaglądać czasem tylko?
Czy ktoś tu jeszcze mnie pamięta?
Zaryzykuję :) Spróbuję bywać w miarę regularnie :)
Na początek mam garść zdjęć z zeszłego roku.
Z tego co się wydarzyło, dobrego i złego.
Z wakacji, które były mi potrzebne.
Wakacje, które oderwały mnie od codzienności i pozwoliły odetchnąć i spojrzeć na wszystko z dystansu.
To był czas, który pozwolił mi przewartościować wiele spraw.
To były chwile, których nie miałam od wielu lat, czas na zastanowienie się co dalej, czego chcę, z kim chcę i jak chcę.
Był to rok w którym dobre chwile mijały się ze złymi.
Jak to w życiu. Dobrze, że tych dobrych było więcej.
To daje siłę, żeby przetrwać te złe.
Teraz wracam, do normalności, do działania, do rozwijania się i parcia do przodu.
Tęskniłam za Wami :)





 



















Pozdrawiam serdecznie
Monika

środa, 11 grudnia 2013

Wczoraj, dziś, jutro....

"Tego co jest dziś, nie można zatrzymać 
i jutro wszystko będzie inne"

To cytat z książki, którą właśnie czytam (ale o niej kiedy indziej)....
Czasem żałuję, że nie da się na dłużej zatrzymać niektórych dni, że nie można doby wydłużyć, że nie można chwili przeciągnąć w nieskończoność...
"Wszystko co dobre, szybko się kończy", powtarzane jak echo przez wielu.
Nie można być w wielu miejscach jednocześnie.
Nie można mieć wszystkiego.
Zdania powtarzane przez wielu, w wielu życiowych sytuacjach.
Jakże prawdziwe i pasujące do otaczającej rzeczywistości. 
I spotkania po latach.
I te całkiem przypadkowe.
I te, na których by się chciało zostać dłużej, ale trzeba gnać dalej.
Kawa wypita w biegu.
Spacer nocą po śniegu, który znika następnego dnia. I tak naprawdę nie wiesz czy to się zdarzyło, czy nie...dobrze, że zostają zdjęcia, choć nie zawsze. Czasami nie ma czasu na wyjęcie aparatu...szkoda marnować cenne chwile.
Bo nic dwa razy się nie zdarza. Nawet jeśli wydaje nam się, że to to samo. Jest inne.
Dla takich chwil warto czasem rzucić wszystko i biec przed siebie. Biec na spotkania z rodziną. Na spotkanie dawnych i nowych znajomych. 
Przypomnieć sobie smak, dawno zapomniany.
Porozmawiać z kimś kto jest daleko, a teraz na wyciągnięcie ręki.
Bo jutro znów w biegu. Nie ma czasu na rozmowę, "tak, tak, oddzwonię" "oczywiście, kiedyś się musimy spotkać" "miło było Cię zobaczyć, szkoda, że tak krótko" ...czas pędzi jak szalony...
Każda chwila jest ważna...




Trzy dni spędzone w Warszawie. Nie planowane wcześniej. 
W zasadzie nie ustalane z góry co, gdzie i kiedy.
Trzy szalone i cudne dni. 
Zdjęcia robione telefonem, niestety zapomniałam zabrać aparatu fotograficznego :(
I piosenka, jakże pasująca tu i teraz....


Spokojnej nocy
Monika

niedziela, 18 sierpnia 2013

Wakacyjne wspomnienia :)

Lubię spotkania w rodzinnym gronie.
Zawsze marzyłam o wielkiej rodzinie, takiej może trochę we włoskim, czy greckim stylu.
Żeby wszyscy się spotykali, żeby się wspierali. Żeby można było spędzać razem czas. 
Wspólne święta, z gromadą dzieciaków biegających wokół stołu.
Gwar. 
Długie rozmowy telefoniczne.
Być blisko. 
Życie pisze jednak różne scenariusze.
Z moim ciotecznym bratem nie mieliśmy zbyt wiele wspólnego przez całe życie. 
Całkiem niedawno odbudowaliśmy nasze kontakty na nowo. 
Jak tylko nadarza się okazja próbujemy się spotkać. Ale wiadomo, życie się toczy daleko od siebie. Oni tam, ja tu. Praca, dom, dzieci, obowiązki. Spotkania dwa razy w roku to bardzo mało. 
Nie da się nadrobić straconego czasu. Ważne, żeby nie stracić tego teraz.
Z jego żoną zaprzyjaźniłyśmy się od razu. Jakbyśmy się znały od lat, jakby te lata które minęły w ogóle się nie wydarzyły. Tam mieszkaliśmy blisko, teraz dzieli nas tysiące kilometrów.
Tydzień temu wyjechali...
I tak pusto się zrobiło...
Po każdej wizycie, czy to mojej tam, czy to bliskich tu, zostaje taka pustka...
Przez chwilę trzeba się pozbierać. Ogarnąć od nowa te tysiące kilometrów, te zdjęcia, wspomnienia, wspólne chwile...
Tęsknię za tymi co TAM...
Układam to co TU...
To był mile spędzony czas...
Mnóstwo zdjęć...
Odwiedziliśmy kilka wspaniałych miejsc...
Szkoda, że czas biegnie tak szybko...


















Taki fotograficzny skrót tego co było.
Gdzie byliśmy, co widzieliśmy, gdzie wędrowaliśmy...
Mnóstwo zdjęć jeszcze, pewnie będę wracać wspomnieniami i jeszcze trochę Wam pokażę :)
Były duże miasta, zamki, las, pola, morze....
Były godziny spędzone w samochodzie. Wspólne zwiedzanie miejsc nie odkrytych jeszcze i tych znanych mi, a nowych dla nich. Były wieczory ze scrabblami i chińczykiem :)
Było wspólne gotowanie i grillowanie :)
Pogoda dopisała, cudne tegoroczne lato nie zawiodło :) 
Do następnego razu....

Pozdrawiam wszystkich ciepło, przepraszam, że tak rzadko tu zaglądam, trochę zmian w moim życiu, wszystko powoli układam.
Choć czasem pada, to błękitne niebo nad głową póki co...





Życzę miłego tygodnia
Monika



piątek, 19 lipca 2013

Dziś tęsknimy mocniej....

" Człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o nim "
 
Dziś rocznica Twoich urodzin...
Powinnam się już przyzwyczaić... to już za chwilę cztery lata  ...
Podobno czas leczy rany...
Podobno gdzieś tam jest lepszy świat...
Podobno ...


Próbuję nauczyć się mówić o tym co się wydarzyło...
Próbuję choć ciężko mi to wychodzi...
Próbuję oswoić się z myślą, że już nie porozmawiamy przez telefon...choć Twój numer wciąż mam...
Nie uściskamy się na dzień dobry i na do widzenia...
Nie poradzisz mi, nie wesprzesz dobrym, mądrym słowem w chwilach zwątpienia...
Choć często zastanawiam się co byś powiedział, co doradziłbyś w danej sytuacji...
Byłeś surowym Tatą...uczyłeś mnie odpowiedzialności, za każdy krok  w życiu wykonany...
Byłeś cudownym Dziadziusiem...takim, jakiego każdy wnuczek chciałby mieć...
Miałeś być z nami jak najdłużej...miałeś być...
Zostały wspomnienia, zdjęcia, wpis w pamiętniku...
Dziś zapalę świeczkę, żebyś widział, gdzie jesteśmy....
Dziś tęsknimy mocniej...


Monika

piątek, 26 kwietnia 2013

Kwiecień plecień, bo przeplata....

I nie o pogodę tu chodzi...jak w znany przysłowiu...
Myślę o tym co czasem w głowie się tworzy...
co psuje nawet najsłoneczniejszy dzień....
Bo tak naprawdę to ja nie lubię kwietnia...

Bo z jednej strony wiosna, którą uwielbiam, właśnie w kwietniu rozkwita najbardziej zawsze...
i kolory i zieleń, która coraz bardziej soczysta...z dnia na dzień...
i powiew wiosennego wiatru, choć tu czasem zimny zbyt...
za to go lubię...bardzo...
ale niestety radość ta jest przeplatana złymi wspomnieniami...
i one mi psują te dni kolorowe...
ja wiem, że nie trzeba rozdrapywać ran...
że podobno czas goi je nawet...
że lepiej zapomnieć i iść do przodu...
i staram się, naprawdę się staram... zagłuszać te złe wspomnienia...
czami nawet skutecznie ...
ale przychodzą takie dni, kiedy jak rano wejdzie do głowy to siedzi w niej cały dzień...
i choć próbowałabym na różne sposoby to i tak nie mogę się pozbyć....
bo kumulacja ich właśnie w kwietniu ....
bo kiedyś to miał być najszczęśliwszy dzień w moim życiu, a dwa dni przed dostałam najgorszą wiadomość...i ona zepsuła całą radość....
bo wydarzyło się coś, co zdarza się raz na dwa tysiące razy...i dlaczego akurat mnie to spotkało?
bo był też dzień, który miał wszystko odmienić...i odmienił...a ja wszystko zepsułam...
bo przecież " nie wchodzi się do tej samej rzeki dwa razy" ...wiedziałam to, słyszałam nie raz...
to czemu to zrobiłam? 
i świąteczne dni też były...ostatnie takie...
i ten kwiecień tak moimi uczuciami i myślami igra sobie....
bo może to jakieś znaki były, a ja nie umiałam ich odczytać...
ale już się kończy....
i na szczęście ostatni dzień jest wyjątkowy...a miał się w maju zdarzyć...
i o nim już niedługo...
A ta  piosenka dziś mi po głowie chodziła ...
ona akurat miłe wspomnienia przywołuje....




Dobranoc...
Monika

środa, 27 lutego 2013

Wspomnienia i ...pierogi :)

Pobudka o 6...i szybciutko...ogarniamy się, szybki prysznic i kawa..., ząbki, herbatka....biegniemy...
Żłobek, przedszkole...dobra, zdążę na tramwaj....jestem...osiem godzin...z powrotem, trochę inna kolejność...przedszkole, żłobek, zakupy, do domu...kolacja...kąpiele, bajka na dobranoc...przepraszam, "dziś nie poczytam Wam, dziś mamusia zmęczona, puszczę na kasecie, dobrze?" "dobrze mamo, może być, daj tylko buziaka i podaj misia, o i pieska dla brata...".
I tak codziennie...pięć dni w tygodniu....biegamy, tu i tam...
Troszkę zwolniłam, jak poszli do szkoły... w jednym budynku oboje, później na tyle duzi, żeby samodzielnie wracać....i tylko te bajki wieczorne były obowiązkowo, codziennie...później to były lektury czytane na zmianę...
Soboty były spokojniejsze....rano na zakupy, targowisko niedaleko moich rodziców...i odwiedzinki u Dziadków na kawkę, a może Babcia coś pysznego upichciła...może jakieś ciasto...
a może Dziadek  racuchy z jabłkami zrobi...pyszne były i już nigdy nie powtórzy się ten smak...
Niedziele zazwyczaj były tylko dla nas...spacer do pobliskiego parku, a tam stawy, kaczki, na rower lub rolki ... w zimę górka i na sanki...
albo do Łazienek...poszukać pawi, może ogon rozłoży któryś...takie piękne...
kiedyś z takiego wypadu z pieskiem wróciliśmy, bo giełda zwierzaków akurat była :)
i obiady czasem u Dziadków...i Siostra z Mężem i Synem, jeszcze wtedy jednym przyjeżdżała...
i zawsze wtedy Babcia coś specjalnego przygotowywała...

Tak było...
A potem spakowaliśmy trochę rzeczy, wydawało się najpotrzebniejszych i wyjechaliśmy...daleko, za daleko, żeby na te obiadki  i coś pysznego do Dziadków zajrzeć...
I tych smaków się nie da odtworzyć...przynajmniej ja nie umiem...a może nie chcę, może wolę, żeby mi te smaki dzieciństwo moje i moich dzieci przypominały...
I żebyśmy jedząc podobną potrawę, wspominać mogli...Dziadziusia i jego racuchy...albo spaghetti...pyszne robił...i Babciny barszcz ukraiński, gołąbki, sernik najpyszniejszy...i wiele innych...
Pierogi...ja nigdy nie miałam cierpliwości? czasu? chęci? nie umiem powiedzieć dlaczego nigdy nie robiłam...
Jak Babcia przyjeżdża do nas, to gotowe gołąbki przywozi dla wnusia :) (bo tu kapusty takie malutkie)
i pierogów narobi na zapas i do najedzenia się na już :)
A może do wszystkiego musimy dorosnąć? Czasami próbuję odtworzyć te smaki...oczywiście nie smakują jak tamte, ale zawsze powspominać przy jedzeniu można ....
 
I tak właśnie dziś Siostra moja, której pierogi są też przepyszne, a uszka do świątecznego barszczu jej starszy syn robi samodzielnie, namówiła mnie na zrobienie pierogów...
Mięso z rosołu miałam i w pierwszej wersji miałam krokiety robić...bo naleśniki u mnie wszyscy uwielbiamy, pod każdą postacią....no ale mnie namówiła...i dobrze...Dzięki Siostra! Wyszły pyszne :)





Przepisy, które zawierają mąkę, przekazywane są w mojej rodzinie w bardzo...dziwnej formie:)
Mama nigdy nie pozwalała nam wchodzić do kuchni, bo za mało miejsca, bo musi szybko, bo będziemy przeszkadzać...u nas jest odwrotnie...dzieciaki moje i mojej Siostry włączane są do pracy, co ciekawe, same chcą uczestniczyć, dowiedzieć się, a jak, a dlaczego...
W związku z tym, że nigdy nie lepiłam pierogów z Mamą, a tym bardziej z Siostrą, nie mam pojęcia co oznacza określenie "do wgniecenia"...a składniki na pierogi to:
  • woda gorąca
  • odrobina oleju
  • trochę soli
  • mąka do wgniecenia :)
Wzięłam więc miskę, nasypałam do niej około 2 szklanki mąki, dolałam gorącej wody wymieszałam drewnianą łyżką....dodałam olej, wymieszałam, wyłożyłam wszystko na blat i gniotłam ciasto dosypując mąki. Kiedy przestało się lepić do rąk i było sprężyste, oderwałam kawałek i rozwałkowałam na cienki placek (pozostałą cześć ciasta przykryłam miseczką, żeby ciasto nie wysychało). Wycinałam kółka szklanką, nakładałam farsz, zalepiałam pierogi i odkładałam na ściereczkę. Córka mi dzielnie pomagała.
Wrzucałyśmy małymi partiami na wrzącą osoloną wodę i wyławiałyśmy po ok 5 minutach od wypłynięcia na powierzchnię wody. Wyszło ich 50 :)
Oczywiście smaku Maminych nie przypominają absolutnie, ale dzieci moje zgodnie oświadczyły ( bez przymusu z mojej strony) że pyszne...:)
I tak sobie powspominaliśmy "stare" czasy, zajadając pierogi z mięskiem...prawie jak u Mamy...




Spokojnej nocy....
Miłego dnia 
pozdrawiam cieplutko
Monika

niedziela, 10 lutego 2013

Pędzi czas i....urodzinowe dziękuję...

Pędzi czas jak szalony...
I znów luty...ile to już lat? oj dużo...ale jakby chwila...i tyle się wydarzyło...
a zaczęło się jak zazwyczaj się zaczyna....
On poznał Ją, Ona poznała Jego....i tak się zaczęła ich przygoda, przygoda życia...
Rożnie ich losy się toczyły, raz z górki, raz pod górkę...
Wiele się wydarzyło w ich życiu dobrego i złego....
I ja się im wydarzyłam między innymi....
I chciałabym dziękować za to każdego dnia, każdym gestem...




I choć kiedyś mi się zdawało,  że za dużo ode mnie wymagają, że przecież jeszcze dzieckiem jestem...a później, że wciąż mi zabraniają, a ja przecież taka dorosła...
Wiem teraz, że to wszystko dążyło do tego, żebym mądrości życiowej się uczyła, żebym odpowiedzialna była, za siebie, za swoja rodzinę...żebym się nie poddawała tylko walczyła...
Teraz to wiem, kiedy moje dzieci też już dorosłe...jak się bałam, że jeszcze takie malutkie, a później, żeby samodzielności się uczyły...żeby wiedziały, że jestem obok i pomóc mogę gdy będzie taka potrzeba....

I Mamie mogę dziękować każdego dnia...że świat mi pokazywała, od pierwszych dni...



I chociaż różnie się między nami układa, to ja wiem, że zawsze mogę na nią liczyć i ona może na mnie...chociaż to czasem nie jest takie oczywiste....

I Tacie dziękuję, chociaż go już nie ma z nami czwarty rok....
Dziękuje, za ten wózek dla lalki, co mi kiedyś sam zrobił ..drewniany...


Za to, że nauczył mnie wytrwałości w działaniu...
Że był przy mnie w trudnych chwilach...
Że pomagał, gdy siły nie dawałam i gdy potrzebowałam wsparcia....
I gdy na rozprawę rozwodową czekałam, potrafił rozładować emocje żartem...
I choć czasem moje decyzje nie podobały mu się, wspierał....
I przepraszam, że do łez go doprowadziłam, gdy zdecydowałam się z dziećmi z kraju wyjechać, szukając swojego miejsca na ziemi...
Dziękuję za to, że wsiadł do samolotu, choć panicznie się tego bał i przyleciał do nas żeby się ze mną zobaczyć i wnuczkami swoimi...i czy krzywda nam się nie dzieje sprawdzić przy okazji....
I przepraszam, że nie zdążyłam....pożegnać się tak jak bym chciała...
bo ten rok wtedy, cztery lata tamu, to był fatalny rok...i wszystko się sypało jak klocki domino ...i decyzje źle podjęte do dziś się wloką...

******


I kolejne świeczki zdmuchnę, życzenie w myślach zapiszę...
Trzeba dalej iść...drogi poplątane się wyprostują...
Marzenia moje niewielkie...

I choć dzień jutrzejszy, urodzinowy, spędzę w drodze, bo marzenia córki teraz spełniam....to na pewno będzie to udany dzień...
I cieszę się każdym dniem, że dane mi być tu i teraz...
I pewnie gdybym tej decyzji o wyjeździe nie podjęła, to nie byłoby tego ...
I za to też dziękuje moim rodzicom...że nauczyli mnie odpowiedzialności za drugiego człowieka...
choć czasem o sobie zapominam, bo dzieci... bo przyjaciel w potrzebie....
To cieszę się z tego co mam....
Z każdej chwili spędzonej z bliskimi...
Z dzieci moich, które pomimo wszystko, na mądrych ludzi wyrosły...
Z tego, że mogę pomagać spełniać ich marzenia...

I za przyjaciół dziękuję, tych którzy przy mnie są na dobre i na złe...
I na następne lata czekam...i do przodu będę iść...


Zdjęcia niektóre niewyraźne, ale wyciągnięte z archiwum rodzinnego, zdjęcie zdjęciu robione...:)

Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko
Monika