I jak tu wrócić po tak długiej nieobecność?
Co napisać?
Jak się wytłumaczyć?
Czy wrócę na dobre?
Czy będę zaglądać czasem tylko?
Czy ktoś tu jeszcze mnie pamięta?
Zaryzykuję :) Spróbuję bywać w miarę regularnie :)
Na początek mam garść zdjęć z zeszłego roku.
Z tego co się wydarzyło, dobrego i złego.
Z wakacji, które były mi potrzebne.
Wakacje, które oderwały mnie od codzienności i pozwoliły odetchnąć i spojrzeć na wszystko z dystansu.
To był czas, który pozwolił mi przewartościować wiele spraw.
To były chwile, których nie miałam od wielu lat, czas na zastanowienie się co dalej, czego chcę, z kim chcę i jak chcę.
Był to rok w którym dobre chwile mijały się ze złymi.
Jak to w życiu. Dobrze, że tych dobrych było więcej.
To daje siłę, żeby przetrwać te złe.
Teraz wracam, do normalności, do działania, do rozwijania się i parcia do przodu.
Tęskniłam za Wami :)
W lawirowaniu pomiędzy kłopotami, zmartwieniami i sprawami do załatwienia.
W chwilach zwątpienia i zamyślenia, szukania sensu następujących po sobie zdarzeń.
Trzeba szukać tych zdarzeń i rzeczy, które namalują uśmiech na twarzy. Spowodują, że nam się chce...
I nawet jak sił brak, sensu większego nie widać, ochoty zbytniej nie mamy, to jednak warto próbować.
Choćby po to, żeby uwierzyć w siebie, spowodować uśmiech na twarzy kogoś lub swojej choćby.
Trzeba mieć oczy szeroko otwarte, żeby nie przegapić chwili, w której możemy poznać nowego człowieka, zrobić coś, co komuś się spodoba, da nam satysfakcję, że wszystkie inne dni minęły po to, żeby właśnie ta chwila i ten moment się wydarzyły.
Trzeba szukać równowagi we wszystkim co nas otacza.
Powinniśmy otaczać się ludźmi, którzy dają nam pozytywną energię. Którzy nie życzą nam źle, tylko dlatego, że sami nie umieją dokonywać dobrych wyborów.
Jesienne dni nastrajają jakoś melancholijnie. I choć czasu brak czasem, to przemyślenia różne do głowy przychodzą i spokoju nie dają.
Trzeba szukać pozytywnych rzeczy w tym co nas spotyka. Podobno wszystko zdarza się "po coś".
Zaczynając pisać tego bloga, nie wiedziałam, że tyle dobrego wydarzy się w moim życiu.
Że otworzę się na nowe, że będę eksperymentować, poznawać nowych ludzi, czerpać radość z najmniejszych chwil i zdarzeń.
Bo nawet jeśli to tylko ciasto, to czasem to jest aż ciasto, powoduje uśmiech na twarzy mojej i tych, którzy zasiądą ze mną do stołu. Bo czasem to coś, co nieśmiało wykonam własnymi rękami, daje radość innemu, a to jest największą nagrodą.
Zaczynałam nieśmiało, nie licząc na to, że ktoś tu zajrzy, że nauczę się jak poruszać się w tym internetowym szaleństwie :)
Ostatnie dni mijają tak szybko, że czasem zastanawiam się jaki to dzień tygodnia, a nawet miesiąca.
Ale jestem, trochę z boku, ale jestem.
Jednego dnia wydarzy się niewiele, innego zbyt wiele...
Wciąż szukam ...człowieka, tematu, inspiracji, smaku, zapachu...czasem to co za rogiem, wydaje się takie obce, ale przy bliższym zapoznaniu jest proste i bliskie.
*******
Poprzednią niedzielę spędziłam w Londynie. Żałuję, że nie jest bliżej :)
Choć padał deszcz, zapomniałam parasola i błądziłam trochę w obie strony, nie żałuję ani chwili. Kasiu dziękuję, że chciało Ci się jechać w taką ulewę, że znalazłaś chwilę, żeby się spotkać. Dziękuję za prezent, który wspomnienia przywołuje, zapach ogniska po domu roznosi :)
I choć lało w drodze do i jechałam pełna niepewności, to później wyszło słońce, a nawet tęcza się na niebie ukazała :) ( niestety prowadząc samochód, nie zawsze uda się wszystko złapać obiektywem aparatu, więc tęczę tylko podziwiałam ;) )
**************
A dziś...tak, znów pada deszcz, choć rano nawet ciepło było i słońce świeciło...
Na pocieszenie zrobiłam muffinki, inne trochę, bo z zieloną herbatą matcha.
Odkrywam jej zdolności i właściwości.
Wyszły bardzo smaczne i mało słodkie.
SKŁADNIKI:
2 szklanki mąki
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
1/2 łyżeczki soli
1 łyżka kawy rozpuszczalnej
1/3 szklanki kakao
1/4 szklanki wody
1 szklanka cukru ( ja użyłam ok 2/3 szklanki)
2 jajka
pół kostki miękkiego masła
1 szklanka jogurtu naturalnego
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii
1 i pół łyżeczki herbaty matcha
Mąkę wymieszałam z proszkiem do pieczenia, sodą i solą. Kakao, kawę połowę cukru zalałam wodą i wymieszałam. Jajka rozbełtałam w miseczce. Masło zmiksowałam z pozostałym cukrem, dodałam jajka, powoli mąkę na zmianę z jogurtem. Dodałam wanilię i podzieliłam powstała masę na pół. Do jednej dodałam miksturę kawy i kakao, do drugiej herbatę matcha. Obie zmiksowałam. Do foremek nakładałam masę czekoladową, a na nią herbacianą, do 2/3 wysokości. Piekłam ok 25 minut w temperaturze ok 180 stopni. Jak przestygły oprószyłam delikatnie cukrem pudrem.
Niedziela dobiega końca...
Nowy tydzień za rogiem, ciekawe co przyniesie.
W tanecznym rytmie, pozytywnym nastawieniu, życzę Wam dobrej nocy.
Brak czasu z jednej strony, letnie wyciszenie z drugiej.
Nie wiem, które bardziej działa na mnie ostatnio :)
Do tego wszystkiego dni coraz chłodniejsze, wirusy szaleją. Najpierw córka moja, później ja.
Nie lubię przeziębień, te katary tygodniami trwające, te chrypki, bóle gardła, brak apetytu i chęci do czegokolwiek...
Jakoś szybko nam się udało tym razem z tego wymiksować :) Na szczęście, bo jak ma się wolny weekend tylko, to szkoda marnować go na choróbska :)
Już trochę lepiej. Witaminy, herbatki z sokiem malinowym na zmianę z cytryną i imbirem, ciepłe skarpety i relaks, to wszystko dało efekty. Nie damy się tak łatwo :)
Jesień zbliża się wielkimi krokami. Widać to wszędzie, temperatury rano i wieczorem coraz niższe, liście na ziemi, drzewa i krzaki z zielonych w czerwone się zmieniają, jarzębiny, astry, chryzantemy wszędzie....
Na wielu blogach spokój i cisza...wszyscy odpoczywają od blogowania? ;)
A u mnie zmiany, zmiany...
W sumie nic wielkiego, praca, młodzież studenckie życie zaczyna.
A ja lubię zmiany...zwłaszcza, jeśli na lepsze :)
W zeszłym tygodniu robiłam metamorfozę swojego salonu. Lubię zmieniać wystrój swojego domu. Przestawiać choćby gadżety, książki na półce, świeże kwiaty do wazonu wstawić. Tym razem postanowiłam przemalować ścianę :) Jedną. I zmiana okazała się (przynajmniej dla mnie) bardzo trafna.
Było tak :
w trakcie było tak :)
A teraz jest tak :)
Jakoś tak się spokojniej zrobiło. Kolor ściany się zmienia w zależności od oświetlenia :)
Jasny klosz lampki więcej światła daje. A do tego te drewniane dodatki ocieplają tą szarość :)
Będą też żółte i szare poduchy :) Materiały zakupione.
Szare poduchy z żółtymi dodatkami....bąbelki skradły moje serce :)
A od Lucy dostałam przesyłkę :) wygrana... wylosowana zostałam małą rączką jej synka :)
Lucy, Wielkie Dzięki!!! Pasują doskonale, będą aplikacją na poduchach. Są cudne!!!!
W przesyłce znalazły się obok kwiatków jeszcze inne cuda :)
Pewnie jeszcze zmienię co nieco :)
A dziś podziwiałam zmiany w moim ogródku :) Przygotowałam go trochę na zimowy czas :)
Kwiaty przekwitły, krzaki się zaczerwieniły, tylko margerytki się nie poddają i kwitną pięknie :)
Ale o tym w następnym poście, mam nadzieję, że niebawem :)
Przypadkiem mam telefon w kieszeni na spacerze z psem, a w nim aparat i zdjęcia robię przypadkiem, temu co mnie zachwyci :)
Przypadkiem wpadłam na pomysł, żeby eksperymentować z kaszą...
Przypadkiem wpadł mi dziś do ręki kawałek masy plastycznej i powstało z niej co nieco...
Ale czy to na pewno przypadki? Czy istnieją przypadki? Czy to przeznaczenie? A może jeszcze jakiś inny powód jest tego co dzieje się w naszym życiu?
Przypadkiem Julitta z bloga dom where life happens trafiła dziś na fb moje zdjęcie z plackami i wpadła na mojego bloga, żeby przepis znaleźć :) a tam go nie było...więc ja, już nie przypadkiem, ale szybciutko postanowiłam, że podzielę się z Wami tym przepisem, może ktoś spróbuje i mu posmakuje:)
Ale po kolei...
Wiosna rozkwita wszędzie...
W jednych miejscach mniej, w innych bardziej...
Wszystko się zieleni, rozkwita, coraz więcej kolorów...
Zieleni i żółci całe dywany...
I niebo piękne błękitne...oczywiście dni pełne deszczu też są, ale bez tego nie będzie tej zieleni i tych kolorów...
I wraz z tą wiosną chęć do działania się budzi po zimowym śnie...
Pewnie większość z nas miała już ochotę na zrzucenie tych ciepłych okryć, tych ciężkich butów, tych szalików i czapek...
Wraz z tym przychodzi pewnie na każdego ochota, na jedzenie czegoś lżejszego, tych wszystkich nowalijek, które zaraz się pokażą...są oczywiście już prawie wszędzie, ale to nie te świeże, karmione słońcem i deszczem wiosennym....na te jeszcze chwilę trzeba poczekać...
Ja też w kuchni, po tych wszystkich słodkościach, które za mną ostatnio chodziły, mam ochotę na coś innego...
nigdy nie byłam zwolenniczką kasz...może dlatego, że z dzieciństwa kojarzy mi się tylko krupnik i gryczana
był jeszcze pęczak przygotowywany na ryby...bo Tata mój wędkarzem był ...
Tradycji jedzenia kasz w domu nie było, więc i u mnie rzadko bywały.
Jak syn mój był mały, ze względu na alergię, był moment taki, ze kaszę kukurydzianą musiałam gotować przez dłuższy czas...i do dziś nie mogę się do niej przekonać. Gryczaną czasem robię.
I tak z potrzeby chwili, zmiany smaku i wprowadzenia kaszy do naszego repertuaru kuchennego i pewnie trochę, z potrzeby eksperymentu powstały dziś placki z pęczaku :)
Przepis powstał spontanicznie :)
Składniki :
pęczak (około szklanki, po ugotowaniu)
łyżka siemienia lnianego
łyżka mąki
1 jajko
trochę natki pietruszki
sól
pieprz
trochę papryki w proszku
Zmieszałam wszystko razem, miały być kotlety, ale masa wyszła dość rzadka, wiec powstały placki.
Obsmażyłam na złoto na małej ilości oleju. Wyszły bardzo smaczne, podałam z papryką marynowaną. Prosty, a bardzo smaczny obiad. Lekki i pożywny. Polecam :)
***************
A przy okazji pokażę Wam girlandkę, która
powstała również spontanicznie i eksperymentalnie z kawałka jakieś masy
plastycznej, którą moja córka chciała wyrzucić, bo już jej nie była potrzebna
:)
Ugniotłam masę, powycinałam serduszka, zrobiłam kulkę z dziurką, piekłam to chwilę w piekarniku...uwiązałam na sznurku i ...mam...
girlanda z serc...:)
Taki troszkę długi ten mój post dziś, ale powstał z potrzeby chwili...chciałam Wam wszystko powiedzieć...i pokazać...i podzielić się tym z Wami, bo mnie wspieracie, inspirujecie i miłe słowo zostawiacie :)
trzeba znaleźć sposób na oderwanie się od rzeczywistości...
trzeba czasem znaleźć sposób, żeby nie zwariować...
trzeba iść dalej, choć nie można zapomnieć...
trzeba cieszyć się chwilą, choć może inni uważają, że nie wypada....
trzeba cieszyć się, żeby za chwilę płakać i odwrotnie...
trzeba żyć...
czasem wystarczy promień słońca....
czasem świeże pąki na drzewie...
czasem piosenka, która przywoła jakieś wspomnienie miłe...
czasem dobre słowo...
Biegałam sobie wczoraj po okolicy i takie oto cuda znalazłam....
Aparatem w telefonie zdjęcia robione...ale widać ją...WIOSNĘ :)
i chociaż rano przymrozki świat na biało wciąż malują...i chociaż nie wszystkie rośliny są odważne na tyle żeby się obudzić...to już ją widać...już słońce w dzień świeci...już kwitną drzewa niektóre i kwiaty w ogródkach...jest coraz bliżej....
Ja wiem, że u niektórych z Was jeszcze zima...
śnieg leżący dookoła i sypie wciąż...
ja się cieszę, bo u nas słońce to rzadkość...
bo tu najczęściej pada deszcz...
każdy dzień ze słońcem jest jak zjawisko...
dlatego cieszę się, robię zdjęcia, ładuję akumulatory na później...
Przychodzą jak chmury na niebie w słoneczny dzień...i zmieniają świat dookoła...
I niby wszystko takie samo, a widzi się inaczej....
A może to przesilenie wiosenne....zimowe.... jesienne....
A może źle spałam i to dlatego....
A może za długo spałam....a może za krótko...
A może zbyt optymistycznie patrzyłam...i muszę dostać po nosie...
A może zbyt pesymistycznie i nie mam siły tego dźwigać...
A może zbyt w siebie uwierzyłam...
A może powinnam w siebie uwierzyć mocniej...
A może tęsknię za przyjaciółmi, którzy daleko...
A może znudziło mi się miejsce, w którym jestem...
A może mam za mało zajęć...
A może za dużo....
A może powinnam siedzieć cicho inie narzekać...
A może właśnie powinnam zacząć krzyczeć głośno...
A może wsiąść do samochodu, włączyć muzykę głośno i jechać
przed siebie....
A może to dlatego, że mi ciasto wczoraj nie wyszło, a myślałam, że już każde będzie genialne...
A może dlatego, że słońca dziś nie ma...
A może dlatego, że pada deszcz...
A może ktoś coś złegomi powiedział...
A może się za długo nie odzywa...
Trzeba przeczekać...wiem to, i wiem, że może już jutro, albo
za dwa dni...i znów będę miała chęć na wszystko i znów będę dumna z siebie i do
przodu będę gnać...i czy słońce zaświeci, czy też nie...czy się wyśpię, czy
budzić się będę co chwila...otworzę oczy rano i będzie dobrze...
I herbata będzie inaczej smakowała...i uśmiechać się będę do
myśli swoich i do ludzi na ulicy...i czy ciasto wyjdzie czy nie to i tak je
zjemy, albo upiekę następne...
I czy będzie padać czy też nie, pójdę z psem na długi
spacer...i nie będzie mi przeszkadzało, że błota naniesie do domu i podłogę
zmyć trzeba kolejny raz...
Bo takie dni też muszą być....żeby sobie zdać sprawę z tych
drobnych przyjemności w tej dobrej chwili...
i czas na zadumę mieć i się
denerwować bez powodu...
Żeby innym razem nie przejmować się zbyt...
I żeby docenić to co dobre się wydarzy następnym razem...
Ale niech tych dni za dużo nie będzie...bo jednak wolę te uśmiechnięte...te z radością z byle powodu...
Z chęcią do zrobienia wszystkiego i niczego....
A ta piosenka mi w uszach dziś grała cały dzień...lubię ją, gdy w samochodzie głośno gra...
Słońce...wiecznie mi go brak....wyczekuję każdego promyka jak święta jakiegoś...
Chwilowe, mam nadzieję, zawirowania w moim życiu powodują pewnie, że szukam go bardziej....
Codziennie...za oknem i w przenośni też...czasem przychodzi taki czas, że nic się nie układa...że wciąż pod górkę, że cel zbyt daleko...albo za górą na którą się wspiąć nie daję rady...
niby wiem, że to przejściowe....niby wspinam się ze zdwojoną siłą...
ale czasem nie daję rady...
ale są takie chwile, że chce mi się ...i cieszę się ogromnie jak coś się udaje i to daje mi siły do działania dalej...i wspinam się i biegnę i sięgam.....i lubię ten czas najbardziej....
i oby takich dni było jak najwięcej...dla mnie...dla Was...dla wszystkich...
Dziś rano świat za oknem ukryty był pod kołderką z mgły....nie było widać drzew, domów, parku, który niedaleko nas....i tak nieprzyjemnie od rana...i tak mrocznie....
Nie lubię takich dni...ale ...kilka godzin i niespodzianka wielka...wyszło..świeci , niebo co prawda jakieś takie szare, ale to słońce jakby pod nim...jest dobrze, jasno....
Żartowałam dziś, że jak zrobię ciasto z pomarańczami to mu się spodoba i wyjdzie....:)
i ta dam...ciasto wyszło przepiękne, przepyszne i jeszcze wygląda jakby się uśmiechało:)
I to też jest ta pozytywna chwila....
SKŁADNIKI:
4 jajka (małe były)
3/4 szklanki cukru
skórka otarta z jednej pomarańczy
1/2 szklanki oleju
1/2 szklanki jogurtu naturalnego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
1 i 1/2 szklanki mąki
1 pomarańcza (ta co została po otarciu skorki)
Jajka utarłam z cukrem na puch, dodawałam stopniowo skórkę z pomarańczy, olej, jogurt, proszek do pieczenia i mąkę przesiana przez sito. Wszystko miksowałam razem na wolnych obrotach.
Przelałam do formy keksowej wysmarowanej masłem i posypanej bułka tartą. Na wierzch położyłam plastry pomarańczy. Wstawiłam do nagrzanego piekarnika i piekłam przez 50 minut w ok. 180 stopniach.
Jest bardzo soczyste, puszyste, orzeźwiające....po prostu pyszne :)
Ponieważ ciasto zrobiłam z potrzeby chwili, a wyszło przepyszne, postanowiłam się z Wami podzielić :)
Następnym razem wezmę więcej pomarańczy na wierzch...a może nie urośnie wtedy tak pięknie?
Jak myślicie?
Może ktoś z Was piekł ciasto z pomarańczą na wierzchu i ma doświadczenie w tym temacie? :)